Luty 2026, godzina 21:00, a ja zamiast odpoczywać po całym dniu na budowie, siedzę przed komputerem i klnę pod nosem. Dlaczego? Bo od początku miesiąca moi główni dostawcy – hurtownie budowlane – przeszli w całości na KSeF. I nagle zniknęły faktury na mailu, które zawsze były pod ręką.
Teraz zabawa wygląda tak: tankuję dostawczak na stacji, dostaję do ręki jakiś śmieszny kwit, który „nie jest fakturą, ale ją przypomina”, a oryginał leci gdzieś w rządową chmurę. Jeśli zapomnę się tam zalogować, to o fakturze za leasing busa dowiaduję się, gdy dostaję SMS-a z przypomnieniem o zaległości i naliczonych odsetkach. To jest obłęd. Państwo obiecywało deregulację i ułatwienia, a zafundowało nam cyfrowy tor przeszkód.
System logowania do KSeF to w lutym jedna wielka loteria – raz działa, pięć razy wywala błąd. Hurtownie, które od 1 lutego też muszą w tym siedzieć, mają opóźnienia, bo faktury nie chcą „przechodzić” przez system. Towar zamówiony, ekipa czeka, a faktury brak, bo serwery w Warszawie nie wyrabiają. Do tego dochodzi absurd z brakiem kodów produktów – w hurtowni budowlanej, gdzie mam 50 pozycji na liście, nie mogę szybko sprawdzić towaru na magazynie, bo KSeF nie przewidział miejsca na proste kody EAN. Muszę wszystko sprawdzać ręcznie, co zabiera mi czas, który powinienem poświęcić na robotę u klienta.
Uratował mnie ksefinbox.pl. To proste narzędzie, które robi to, co rząd powinien zrobić na starcie: wyciąga te faktury z KSeF i przesyła mi je normalnie na maila. Mogę też ustawić tak, żeby od razu wpadały do mojego biura rachunkowego. Dzięki temu nie muszę się martwić, że odetną mi internet w biurze albo telefon, bo znowu jakaś faktura „zawisła” w systemie, o którym zapomniałem.
Patrzę na to wszystko i widzę jedną wielką ściemę. Zamiast uproszczeń mamy system o wątpliwej legalności, który zbiera o nas więcej danych niż potrzeba do podatków i tylko utrudnia życie małym firmom.